wtorek, 7 maja 2013

Dzisiaj ostatni wieczor w miejscowosci Sliema i zakonczenie dnia bardzo zaskakujace. Ponizej zalaczamy kilka zdjec (patrz na numerki) a po skonczeniu wlasnie otwartej butelki stolowego wina do naszej kolacji powinien pojawic sie opis......

Kilka dni temu wpisywalem pierwsze informacje z wyprawy na Malte, dzis pisze niejako podsumowanie. Niby, zupelnie tak jak w zyciu, najtrudniejsze sa poczatki i zakonczenia, tak tutaj calkowicie zostawilem na powrot do domu uzupelnienie  tresci do zdjec i przezyc codziennych, a z glowa pelna emocji i lekkosci w slowach skoncetrowalem sie na prologu i epilogu. Zazwyczaj piszac szkolne wypracowania usilnie szukakem inspiracji, by wydusic z siebie jakies zdanie, Malta tych bodzcow dostarczyla nam szczegolnie wiele na przywitanie i na samo pozegnanie.
Chwile skladajace sie na nasza przygode przelecialy ogromnie szybko, choc jak zwykle w podrozy wydaje sie, ze wydazylo sie przeciez tak wiele. Moze nie powinienem sie zbytnio chwalic, ale kazdego dnia, niemalze od godzin sniadaniowych towarzyszylo nam wino. Ot lekkie, gaszace pragnienie,  przewaznie biale 'Delicata', zmieszane z woda lub nie, dla wygody przelewane w butelke plastikowa, aby szlane opakowanie zbytnio nie ciazylo w podrozowaniu, do slodkiego lub slonego, na sloneczna lawke gdzies nad zatoka lub deszczowa wiate przystankowa w centrum miasta, najpopularniejszy (oczywiscie zaraz po herbacie) napoj bogow i pospolstwa. Juz ktoras z rzedu wyprawe, ze znana nam  stanowczoscia i systematycznoscia (czy slysze jakies szepty o upartosci?) , postanawiamy sobie, aby czesc wspomnien, zupelnie jak list w butelce, korkowac i przewozic do domu w postaci tegoz trunku, ale, ale... nie mowie tu o tych tanich kilkueurowych pozycjach z polki sklepowej, naprawde potrafimy sie postarac. To taki haczyk dla wspomnien, ktory wraz z charakterystycznym dzwiekiem szarpanego korkociagu przywola mile wydarzenia i pozwoli powrocic myslami w odwiedzane miejsca lub zwyczajnie  przypomniec sobie usmiech spotkanych ludzi. Ba, nawet spacjalny mebel do domu nabylem, aby zwiekszajace sie zbiory w koncu znalazly nalezyte miejsce i zwolnily przestrzen niepostrzezenie ukradziona stolowemu krzeslu. Tyle tylko, ze z zawartosci mojej komody do tej pory  moglem pchwalic sie znajomemu podroznikowi, czy tez moze bardziej z hisorii, ktora kazda butelka ma do siebie przypisana, lecz napewno nie enologowi. Do tej pory, czyli wlasnie do dzis.
Mozesz myslec co chcesz, ale jestem przekonany, ze TA butelka po prostu na mnie czekala. Z limitowanej edycji, najzamienitszego maltanskiego producenta, ktora zostala wyprodukowana dla upamietnienia waznej, historycznej dla kraju chwili, opieczetowana maltanskim krzyzem i etykieta zrobiona z jubilerskim kunsztem. Cala partia zaledwie niespelna 3700 zakorkowanej doskonalosci, poszukujaca nabywcow w winiarniach na calej wyspie juz od czterech lat. Wydatek wcale nie taki szkujaco wysoki, choc wymagajacy nazwijmy to - przemyslenia. Sprzedawca, czlowiek pelen pasji do swojego zawodu, nie szczedzil nam czasu i duzo opowiedzial i o samym produkcie, o charakterystyce i historii winiarstwa w swoim kraju. Coz, najwyzszy czas wzbogacic swoja polke o cos ciekawszego, pomyslalem, ogladajac butelki szczelnie zawiniete w papier i skrywane w eleganckich pudelkach. Wracam wiec dnia nastepnego juz z postanowieniem i przekonaniem o slusznosci decyzji. Jeszcze raz prosze o pokazanie mi recznie robionej karafy z ciemnego szkla i sprawdzam numer seryjny. 3609, czyli ostatnia setka z produkcji. Eszz, rece mi drza, ale prosze o pokazanie kolejnego pudelka. Zrozumiale jest, ze chcialbym jakis nizszy numerek, niczym w totka wylosowac, skoro te z poczatku linii produkcyjnej sa bardziej cenione i wrecz traktowane niczym numizmaty przez kolekcjonerow. Kolejny strzal i pare oczek w gore, cholera no, to nie w te strone mialo isc. Nastepna - jeszcze wyzsza cyfra. Wlasciciel sklepu mowi znaczaco puszczajac oczko, wiecie, nie chce tu wszystkich pergaminow rozwijac, bo potem widac, ze ktos przy nich majstrowal, a klient krzywo na to patrzy, sami rozumiecie. Przede mna sciana, pod sufit zapakowana cennym trunkiem, a w kazdym pudelku losowo wrzucona przez producenta butelka. Zebralo sie juz kilku innych klientow, wkoncu nie ja tylko zakupy chce zrobic. Obsluga nas opuszcza, jednak na odchodne rzucajac slowa - obsluz sie sam, wybierz kartonik, ktory wpadnie ci w oko. Jak chcesz, wejdz na drabine. Wiec wchodze. Tu bor, tu las.. przekladam opakowania i wyciagm jedno ze spodu polki. Schodze ostroznie i odwijam zabezpieczenie. Numer seyjny 0002, jeszcze raz.... numer seyjny 0002. Co? Spogladamy z Kasia na siebie z niedowierzaniem, a ja zastanawiam sie czy mam sie przyznawac, czy nie. To tak jak w kolekturze totka klient prosi o sprawdzenie losowania dajac kupon obcej osobie w rece, ktory wart jest szesc poprawnych skreslen. Przyznawac sie, czy nie co wlasnie ktos powierzyl w twoje rece? Hallo Mister, wybralem sobie jedna, numer jest calkiem ok... niemalze wykrzyczalem.
To byly bardzo przyjemnie wydane pieniadze, choc wiem, ze wczesniejszy wlasciciel z zalem sie rozstawal z czyms, co mial tuz pod swoim nosem. Pakowal nasz zakup cmokacjac, ze chetnie sam by sobie ja zostawil, gdyby tylko o niej wczesniej wiedzial, jednak szczerze usmiechal sie mowiac, ze jest zadowolony, ze wino trafia do nowego dobrego domu. Prawda jest, ze przez te pare chwil, kiedy pierwszego i drugiego dnia bladzilismy miedzy sklepowymi polkami, zdazylismy troche o sobie opowiedziec i mam nadzieje, ze z wzajemnoscia polubic.
Tak to oto historia z zakonczenia podrozy zapewe stanie sie kolejna przygoda na mojej drodze, wydarzeniem poczatkujacym nowy rozdzial w kwestach podejscia do wina, jego zbierania i wyszukiwania bialych krukow. Moze rowniez przez ten pryzmat patrzac wplynie na inne aspekty mojego zycia dajac szersze spjrzenie, a moze po prostu rzucajac nowe swiatlo na to, co do tej pory pozostawalo w cieniu. Bo kazdy poczatek jest konczem czegos, a koniec poczatkiem czegos nowego. I to powoduje ze kazda podroz, czy ta krotka, czy ta dluga jest tak pasjonujaca i pelna niezapomnianych historii.

Jutro wyjezdzamy wiec dzisiaj prawdziwy urlopowy odpoczynek na plazy i lapanie ostatnich promieni slonca :-)

poniedziałek, 6 maja 2013

Medina-ponizej zdjecie zostanie dodane pozniej. Aby mniej wiecrj przedstawic przepieg wydarzen przed zrobieniem zdjecia pozwole sobie wspomniec, ze godzine czekalismy na otwartej przestrzeni na autobus.....ale jak sie okazalo czekalismy na przystanku, ktory jechal w przeciwna strone....:-)

Zrobilismy sobie krotka wycieczke do miejscowosci Rabat i Medina. Piekne male miasteczka z cudnymi uliczkami i budynkami

Klify Dingli-kraniec wyspy i przepasc 200m w dol czyli najwyzsze miejsce na wyspie

Sliema-nasze ostatnie miasteczko ........

Wlasnie opuszczamy Vallette ale postanowilismy pokazac Wam w jakim niesamowitym miejscu przyszlo nam spac. Ponizej zdjecie tarasu na dachu, naszej jadalni , sypialni a takze zdjecie z zrobione z dachu, ktore pokazuje piekne krecone schody.

niedziela, 5 maja 2013

Po koncercie oczywiscie szybki spacer w poszukiwaniu jedzenia:-). Na zdjeciu widok z Valetty na miejscowosc Sliema gdzie przedostajemy sie jutro :-)

W miejsowym teatrze, ktory miesci sie na otwartej przestrzeni wystapili muzycy z Sycylii a takze Zimbabwe-bylam zachwycona tancem afrykanskim. Pokazano nam taniec deszczu wiec mamy nadzieje,ze sie nie spelni bo slonce nam bardzo pasuje:-).

Ala "made in China"

Zwyczajna uliczka w Marsaxlokk

Bazarek

Bazarek

Mistrzu w akcji:-)

Z rana pozegnalismy Bugibbe i ruszylismy z powrotem do stolicy-zostawilismy plecami na kwaterze gdzie znowu zamiast pokoju otrzymalismy komnate:-) i uciekamy do pieknej rybackiej miejscowosc Marsaxlokk. Miescina piekna chociaz popularny na calej wyspie sunday market okazal sie bazarem z ubraniami ala "made in China"-bazar popsul caly klimat gdyx spodziewalismy sie samych miejscowych wyrobow a takze targowiska z rybami a tu......kapelusze, klapki, spineczki.....:-) . Wracamy do stolicy gdzie dzisiaj odbywa sie koncert:-)

Niestety musielismy pozegnac sie z przecudna Blekitna Laguna i wrocilismy na wyspe Malta do miejscowosci Bugibba-kolejne miasteczko choc to calkowicie nie w Naszym stylu gdyz jest tu mnostwo hoteli, restauracji a takze pubow -czyli nadmorska imprezownia. Oczywiscie z butelka miejscowego wina i mapa miasteczka blakalismy sie przez kilka godzin az trafilismy do fantastycznej restauracji, w ktorej na dzien dzisiejszy zjedlismy najlepsza rybke:-)

Comino-podroz lodzia wokol wyspy:-)

Okolice wyspy Comino

Po zwiedzeniu Gozo udalismy sie wreszcie w bajeczne miejsce, ktore musi zostac odwiedzone przez kazdego turyste lodujacego na Malcie.Wyspa Comino-Blekitna Laguna. Piekne i bajeczne miejce a takze dosc dzikie bo zamieszkane przez tylko jedna rodzinke tj. 6 osob:-)

W 1990 Victorie odwiedzil papiez Jan Pawel II i na jego czesc oto piekna rzezba, ktora miesci sie na wzgorzu przy wejsciu do Katedry Sw. Marii:-) :-) :-)

Gozo-Victoria-widok na miasto z przepieknej Cytadeli, ktora miesci sie na wzgorzu. Wieczor spedzilismy przyjemnie podjadac miejscowe smakolyki i popijajac smaczne winka. Zabieramy plecaki i lecimy dalej:-) ....

czwartek, 2 maja 2013

Widok na Valette z taksowki ( wodnej ). Wracamy z miast sasiadujacych z Valletta ( Vittoriosa ,Senglea) a najszybszy sposob transportu odbywa sie droga morska:-)

Pierwsze mule i krewetki zjedzone:-) ' pychoooooota

Valletta-pierwsze kroki za dnia:-)

Spodziewalem sie tego.... a moze nie...

<p>Valletta na pierwsze wrazenie przypomina mi Sycylie, te ladniejsze miasta, Taormine, czy Syrakuzy. Architektura powala. Jednak nie czuje sie tu jak w muzeum, tutaj po prostu ludzie tak zyja, ot co. Dotarlismy prawie o zmroku i miasto wydawalo sie wymarle, jednak to tylko i na szczescie pierwsze wrazenie. Dreptajac do naszej kwatery, antycznej kamienicy, gdzie ciezko powiedziec, ze mamy pokoj, a raczej komnate, zauwazylismy instalujacy sie zespol kilku perkusyjnych muzykow. Postanowilismy tam podejsc na moment, tak przed jakims zarciem, posluchac, wypic lampke wina, nastepnie podreptac dalej. Nasz gospodarz, Peruwianczyk, na stale mieszkajacy w Madyrycie, tylko dorabiajacy sobie w Valleccie wskazal nam kilka zarciowni. Jednak prawda jest taka, ze jak tylko dotarlismy do muzycznej, mijanej wczesniej knajpki, nie ruszylismy sie dalej o krok. Paru wywrotowcow z Sycylii, bas, drums, drumla, didjeridoo i hipnotycznie zawodzaca laska na wokalu  stworzyli przyjemne intro do degustacji maltanskich win. Tribalowo drum'n'basowy sound przyjemnie usadowil nas na przyjnajpowych schodkach z kuszaco rozrzuconymi welurowymi poduchami. I... nim sie obejrzelismy, saczylismy trzecia kolejke pod kanapke z podrozy na pieczywie pelnoziarnistym, niestety nie z Soplicowa. Godzina, druga tez mijala, band juz ktorys raz chcial sie zegnac z przybyla schodkowa publika, jak zaczeli przybywac kolejni performerzy. Koles z Jamajki, byl pierwszy, potem dokoptowala wokalistka z Senegalu... a potem to byl juz tylko Jazz. Tlumacz sobie to jak chcesz, ale ja to rozumiem w ten sposob, ze nikt sie nie umawial, a ludzi na moscie (a wlasnie, pisalem juz, ze impreza byla na moscie?;) przybywalo. Znalzal sie jakis czarnoskory puzonista, potem glosna atmosfera skusila przechodzacego trabkarza... do wspolnego bycia z garstka gapiow ze schodkow obok. Czy mieli jakies wczesniejsze wspolne proby? Nie. Czy sie znali wczesniej? Nie. A rozjechali publicznosc na paru pietrach antycznych stopni jak walec robiacy poludniowa obwodnice Warszawy. Na miazge. I co? Zastanawiam sie czy to zbieg okolicznosci? Czy trzeba pokonac pare tysiecy kilometrow, aby uciec od szarej Polski? Czy tylko wystarczy wstawic sie maltanskim winem. Jedno jest pewne. Moge chodzic glodny spac, tak jak dzisiaj. Moge sluchac muzy ze zdretwialym tylkiem od kamiennych schodow, tak jak dzisiaj. Byle tylko czuc ten klimat. Energie. Dreszcze. Tak jak dzis, kiedy dzwieki byly czescia zachodzacego slonca, a nie tylko jego dodatkiem, kiedy mozesz porozmawiac z innymi ludzmi z calego swiata i nie czuc sie jak alien, kiedy wszystko przestaje istniec i pzostaje tyljo chwila. Nawet na malutkiej wysepce mniejszej od mojego miasta. A blizszej niz moja wlasna ulica. Ot to. Dobranoc.</p>