czwartek, 2 maja 2013

Spodziewalem sie tego.... a moze nie...

<p>Valletta na pierwsze wrazenie przypomina mi Sycylie, te ladniejsze miasta, Taormine, czy Syrakuzy. Architektura powala. Jednak nie czuje sie tu jak w muzeum, tutaj po prostu ludzie tak zyja, ot co. Dotarlismy prawie o zmroku i miasto wydawalo sie wymarle, jednak to tylko i na szczescie pierwsze wrazenie. Dreptajac do naszej kwatery, antycznej kamienicy, gdzie ciezko powiedziec, ze mamy pokoj, a raczej komnate, zauwazylismy instalujacy sie zespol kilku perkusyjnych muzykow. Postanowilismy tam podejsc na moment, tak przed jakims zarciem, posluchac, wypic lampke wina, nastepnie podreptac dalej. Nasz gospodarz, Peruwianczyk, na stale mieszkajacy w Madyrycie, tylko dorabiajacy sobie w Valleccie wskazal nam kilka zarciowni. Jednak prawda jest taka, ze jak tylko dotarlismy do muzycznej, mijanej wczesniej knajpki, nie ruszylismy sie dalej o krok. Paru wywrotowcow z Sycylii, bas, drums, drumla, didjeridoo i hipnotycznie zawodzaca laska na wokalu  stworzyli przyjemne intro do degustacji maltanskich win. Tribalowo drum'n'basowy sound przyjemnie usadowil nas na przyjnajpowych schodkach z kuszaco rozrzuconymi welurowymi poduchami. I... nim sie obejrzelismy, saczylismy trzecia kolejke pod kanapke z podrozy na pieczywie pelnoziarnistym, niestety nie z Soplicowa. Godzina, druga tez mijala, band juz ktorys raz chcial sie zegnac z przybyla schodkowa publika, jak zaczeli przybywac kolejni performerzy. Koles z Jamajki, byl pierwszy, potem dokoptowala wokalistka z Senegalu... a potem to byl juz tylko Jazz. Tlumacz sobie to jak chcesz, ale ja to rozumiem w ten sposob, ze nikt sie nie umawial, a ludzi na moscie (a wlasnie, pisalem juz, ze impreza byla na moscie?;) przybywalo. Znalzal sie jakis czarnoskory puzonista, potem glosna atmosfera skusila przechodzacego trabkarza... do wspolnego bycia z garstka gapiow ze schodkow obok. Czy mieli jakies wczesniejsze wspolne proby? Nie. Czy sie znali wczesniej? Nie. A rozjechali publicznosc na paru pietrach antycznych stopni jak walec robiacy poludniowa obwodnice Warszawy. Na miazge. I co? Zastanawiam sie czy to zbieg okolicznosci? Czy trzeba pokonac pare tysiecy kilometrow, aby uciec od szarej Polski? Czy tylko wystarczy wstawic sie maltanskim winem. Jedno jest pewne. Moge chodzic glodny spac, tak jak dzisiaj. Moge sluchac muzy ze zdretwialym tylkiem od kamiennych schodow, tak jak dzisiaj. Byle tylko czuc ten klimat. Energie. Dreszcze. Tak jak dzis, kiedy dzwieki byly czescia zachodzacego slonca, a nie tylko jego dodatkiem, kiedy mozesz porozmawiac z innymi ludzmi z calego swiata i nie czuc sie jak alien, kiedy wszystko przestaje istniec i pzostaje tyljo chwila. Nawet na malutkiej wysepce mniejszej od mojego miasta. A blizszej niz moja wlasna ulica. Ot to. Dobranoc.</p>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz